Wróciliśmy, raz jeszcze cali i zdrowi. Chcąc na świeżo spisać wrażenia z krótkiej wyprawy, pozwolę sobie wyjątkowo na złamanie chronologicznego porządku prowadzenia dziennika.
Amazing Race: Syrian Adventure. Zadanie pierwsze. Dostać się z Shahba na dworzec kolejowy Aleppo podczas Aid Al Adha, wymienić rezerwacje na bilety i wsiąść do pociągu odjeżdżającego do Homs o 10.10.
Pierwszy dzień kolejnych – po ramadanowym Aid Al Fitr – świat spędziliśmy w Aleppo. Aid Al Adha to Święta Ofiarowania. Upamiętniają chwalebną – owszem, tak ją niektórzy postrzegają – decyzję Ibrahima, czy też, po naszemu, Abrahama, dotyczącą przyszłości jego syna, Izmaela. Jeden z ojców założycieli zwykł był mianowicie rozmawiać z Bogiem – zupełnie jak podmiot liryczny utworu Genesis ‘Jesus He Knows Me’. Po którejś takiej dyskusji, którą złośliwi określiliby mianem epizodu schizofrenicznego, rozmówcy ustalili, że nie ma bata i trzeba Izmaela złożyć w ofierze, żeby udowodnić lojalność Bogu. Szatan – a może jakiś przebłysk dążącej do zachowania gatunku nieświadomości, lub też po prostu tak zwany zdrowy rozsądek – jak zwykle próbował pomieszać szyki Abrahama. Rodzina proroka za pomocą kamieni zbiła podstępnie racjonalne argumenty Złego. Że tez się Niosący Światło jeszcze nie nauczył, że dobre rady nie zawsze są w cenie. Pozostając przy nawiązaniach muzycznych, ‘Sympathy For the Devil’ się przypomina… Wedle tutejszej wersji opowieści, kiedy Abraham poderżnął gardło swojemu jedynakowi, zauważył, że coś poszło nie tak. Zamiast Izmaela na ołtarzu wykrwawiała się owca. Pewnie znów jakaś sztuczka Szatana, pomyślał Abraham, człowiek wielkiej wiary i niewielkiej wartości ewolucyjnej. Znalazł syna i na powrót zabrał się do oprawiania go. Tym razem dostał jaśniejszy znak. Bóg uznał, że widział dość i wyjaśnił, że uważa ofiarę za spełnioną. Ludzie więc w Syrii się radują, masowo zarzynają owce – niekiedy również krowy, kozy i wielbłądy – a ich krwią, tu znów nawiązanie do plag egipskich, oznaczają drzwi swoich domostw – zarżnęliśmy baranka, szarańczy i aniołom śmierci dziękujemy. Tego akurat nie miałem wątpliwej przyjemności obserwować, uprzejmie donoszę, com zasłyszał.
Podczas owego pierwszego dnia świąt miasto pogrążyło się we względnej ciszy. Ilość samochodów na ulicach spadła co najmniej kilkukrotnie, większość sklepów pozamykano. Ludzie pozbawieni możliwości robienia zakupów, czyli jednego z najulubieńszych sposobów spędzania wolnego czasu, niechętnie wychodzili z domów. Zakładając, że podobnie będzie i w dniu wyjazdu i taksówki nie możemy być pewni, wyruszyliśmy wcześnie, mniej więcej kwadrans po dziewiątej. Dobra decyzja. Ulice świeciły pustkami. W pobliżu domu minęła nas jedna zajęta taryfa. Przez kolejne kilka minut poruszaliśmy się dzielnie w stronę dworca, chcąc w ostateczności dotrzeć tam na piechotę. W którymś momencie zatrzymał się koło nas jakiś miły pan i zapytał, dokąd zmierzamy. Chyba chciał nas podrzucić – czasem, okazuje się, plecaki mogą się okazać zaletą. Podobnie jak puste ulice – odpowiedzialność za nasz ciężki los nie rozkłada się na niezliczonych kierowców, lecz na tych kilku, którzy jadą w naszą stronę. W każdym razie kiedy rozmawialiśmy, nadjechała wolna taksówka. Podziękowaliśmy więc ładnie kierowcy samochodu i pojechaliśmy na dworzec. Z paszportami zgłosiliśmy się do odpowiedniego stoiska, stamtąd jakiś młodzian poprowadził nas do okienka, gdzie wepchnął się w kolejkę i odebrał dla nas bilety. Otrzymał przy tym ostrą reprymendę od swojego przełożonego. Sądzę, że raczej za opuszczenie stanowiska pracy niż za wpychanie się przed oczekujących na swoją kolej podróżnych. Khalas – koniec, dość, jak mówią miejscowi. Nasza dwuosobowa drużyna melduje wykonanie pierwszego zadania. Dlaczego dwuosobowa? Renata nie podjęła
Zadanie drugie. Wysiąść w Homs i zorganizować sobie transport do Palmiry. Haczyk pierwszy: z niejasnych i zapewne niezbyt racjonalnych przyczyn w Homs są dwie stacje autobusowe, oczywiście na przeciwległych krańcach miasta. Haczyk drugi: obie stacje, ma się rozumieć, urządzono na tyle daleko od dworca kolejowego, żeby odechciało się oszczędnym Polakom chodzenia na piechotę, wszak homscy – chamscy – nomen omen, taksówkarze muszą zarobić. Bonus points: za dostanie się na odpowiedni karajat (dworzec autobusowy) za nie więcej niż 50 lir.
Wysiedliśmy na odpowiedniej stacji, po czym postanowiliśmy dać szansę wykazania się panu w kasie podejrzanie pustego dworca. Niestety, ani słowa po angielsku, chęć rzucenia okiem na mapę w naszym przewodniku i rozmowę w języku gestów też niewielka. Ale nadeszła jakaś sympatyczna pani, kasiarz zapytał ją czy ‘inglizi’, ona że owszem, trochę ‘inglizi’. Wyłożyłem krótko, na czym rzecz polega. Powiedzi
Zadanie trzecie. Dojechac do Palmiry. Dostać się ze stacji autobusowej do centrum. Znaleźć tani hotelik.
Po wąskich stopniach wspięliśmy się do obitego dywanami i zaciemnionego przez ciężkie kotarowe zasłonki wnętrza niewielkiego rozklekotanego autobusu. Było gorąco i dość tłoczno. Właściwie nie dość jednak tłoczno – po chwili dołączyło do nas jeszcze kilka osób, wszystkie miejsca zostały zapełnione, nawet w wąskim przejściu ustawiono brudne krzesła ogrodowe dla kilku ostatnich pasażerów. Ruszyliśmy. Przy dźwięku arabskiej muzyki sączącej się z głośników, którą po jakimś czasie zmieniłem na walkmana, przyglądałem się zmieniającym się za oknem krajobrazom. Przez kilkanaście kilometrów od Homsu wzdłuż dro