Sunday, September 17, 2017

Kuba. Rum, cygara, rewolucja. Rozdział II



Bar Victoria, Havana, piątek, 14 lipca (trzeci dzień na Kubie), kwadrans po drugiej po południu

My kinda place.
Knajpa w sąsiedztwie, odpowiednio podła jak na me gusta, znaleziona. Lokalne piwo Presidente za 30 pesos nacional (poniżej 4 zł) zamówione. Papierosy marki Popular – legitimo tabaco Cubano – przetestowane (solidnie kopią w płuca). Prośba o popielniczkę po hiszpańsku („la cenicera, por favor”) nauczona. Achievement unlocked.


Model rozwoju dziecka według Melanie Klein, jednej z matek założycielek psychoanalizy, zakłada, w uproszczeniu, że pierwotnym lękiem noworodka jest lęk anihilacyjny: głęboki, daleki od możliwości zwerbalizowania lęk przed unicestwieniem. Lęk ten w drodze projekcji dziecięcych agresywnych popędów przyjmuje charakter paranoidalny, prześladowczy. Zrozumienie poczucia zagrożenia, które w pierwszych tygodniach życia na swój pierwotny sposób odczuwa dziecko wymaga, zgodzicie się pewnie, dużej elastyczności myślenia i intuicji, wymaga czasu i swego rodzaju oswojenia z tematem. Albo swego rodzaju regresji, powtórnego intensywnego przeżycia podobnej sytuacji – na przykład sytuacji… podróży do zupełnie nowego miejsca, w pewnym sensie nowego świata.


Jeszcze zanim zacząłem przyglądać się temu fenomenowi z perspektywy psychoanalitycznej, zauważyłem, że to przyjście na nowy świat: szczególnie moment wyjścia z lotniska i pierwszego zetknięcia z tłumem natrętnych taksówkarzy „taxi-mister-where-you-go” a potem wyjścia z autobusu czy taksówki i pierwszego zetknięcia z wszelkiej maści miejskimi naganiaczami „hotel-mister-very-cheap-good-price-where-you-go” są momentami o wyjątkowej, symbolicznej wręcz intensywności. Są momentami bliskiej przeżyciom noworodka bezbronności wobec natłoku bodźców – i momentami, w których poczucie prześladowczego zagrożenia, wrogości obiektów świata zewnętrznego, sięga ich pierwotnych podstaw.


Nadmorski Malecón z Ladą i amerykańskimi taksówkami.
Pamiętam, jak wysiadłszy z taksówki w Pahar Ganj w Delhi, z nieszczęsną walizką w ręku – plecak to jeszcze pół biedy, walizka: najgorzej – ruszyłem na poszukiwanie taniego noclegu. Pamiętam labirynt ciasnych, ciemnych, dusznych, oplecionych pajęczynami kabli zaułków – i tubylców: prawie wyłącznie mężczyzn, siedzących na stopniach szemranych sklepików, straganików, świątynek, bezczynnie podpierających zagrzybiałe ściany, złowrogo spode łba łypiących… Pamiętam wreszcie same hostele: równie ciasne, ciemne i duszne – równie złowrogie. Jakby każdy z nich prowadzony był przez miejscowego Sweeney Todda przerabiającego zbłąkanych podróżnych na curry. Niesamowite, jak silne było paranoiczne wrażenie, że uwaga wszystkich koncentruje się na mnie i że każda rozmowa w najlepszym razie jest komentarzem mojej nieuprawnionej obecności na ich dzielni, ingerencji w ich świat – w najgorszym: knutą spojrzeniami i półsłówkami intrygą okradzenia mnie ze wszystkiego i wrzucenia moich zwłok do pobliskiego rynsztoka.


Malecón raz jeszcze.
Regresja do kleinowskiej pozycji paranoidalno-schizoidalnej zeszła ze mnie po długiej drzemce w pozamykanym od wewnątrz, zabarykadowanym prawie, pokoiku bez okna, który, swoją drogą, podczas negocjacji cenowych próbowano mi sprzedać jako pokój VIP. Kiedy wyszedłem z hotelu, by poszukać jakiejś jadłodajni, nikt już nie wydawał się zwracać na mnie specjalnej uwagi. Nawigacja w gąszczu uliczek okazała się nie przekraczać moich ograniczonych w tym temacie zdolności a mnogość uroczych tanich restauracyjek i straganików zalała mnie dla odmiany uczuciem bliskim zakochaniu. Albo syndromowi sztokholmskiemu; tak czy owak, rok później lądując na lotnisku Indiry Gandhi, tym razem z Renatą, i łąpiąc taksówkę do miasta, nie miałem wątpliwości, że zatrzymam się właśnie w Pahar Ganj.


Nasza dzielnia i kolejny Maluszek.
Podobny schemat przeżywania lęku, choć w formie mniej intensywnej i przez to bardziej rozłożonej w czasie, przerobiłem obozując na Saharze w Maroko w towarzystwie kilkunastu Europejczyków i kilku miejscowych. Pierwszego dnia wszystkie kluczowe dokumenty i pieniądze nosiłem przy sobie; w miarę upływu czasu, pozbywałem się kolejnych brzemion, by mniej więcej trzeciego dnia mieć pod ręką tylko papierosy i zapalniczkę. Wolność.



Fiatów 125p jest w Havanie mniej niż Maluchów, ale i w tej postaci bratnia pomoc płynęła w latach 70-tych na Wyspę Rumu i Cygar.
Wracając powoli na Kubę: pewien poziom lęku anihilacyjnego, pomieszanego, niczym dobre mojito, z ekscytacją, zaktywizował mi się i w związku z naszą aktualną podróżą. Nie do końca byłem pewien, czy nasze na własną rękę, nieco szemranie załatwiane tarjetas del turistas służące za wizy zadowolą odprawę w Warszawie, miałem uzasadnione wątpliwości co do tego, czy będziemy mogli odprawić nasz bagaż od razu do Havany (w Moskwie nie moglibyśmy go odebrać bez wiz rosyjskich), wreszcie zawsze mogliśmy, teoretycznie, zostać odprawieni z kwitkiem przez celników kubańskich w związku z nie takim ubezpieczeniem czy za małą ilością waluty na osobę na dzień pobytu. O wypadkach autobusowych i lotniczych nie wspominając. Paranoiczne klimaty tradycyjnie odpaliły się delikatnie również w kontekście taksówkarza, który mógł się okazać naciągaczem lub seryjnym mordercą i Vicky, naszej gospodyni, która mogła się okazać kolejną inkarnacją Sweeney Todda przerabiającą zbłąkanych podróżnych na ropa vieja z ryżem i czarną fasolą. A jak nie Vicky, to czychający na samosięproszących o kłopoty turystów sąsiedzi łypiący zza przymkniętych okiennic.


Churros - kulinarne odkrycie i nowa miłość Renaty.
W całym tym natłoku bodźców i spirali lęków, najsensowniej – i najskuteczniej, chyba – po prostu zatrzymać się na chwilę, wyjść na próg klatki schodowej, przysiąść i zapalić papierosa. Ktoś przyjdzie się przywitać i zapytać skąd zacz, ktoś zakrzyknie powitanie z drugiej strony ulicy, ktoś coś powie po hiszpańsku – i pójdzie dalej. Okaże się nawet może, że starszy pan, który lekko podejrzanie zbiera się do podejścia, by w końcu zbliżyć się i zagadać, nie prosi o pesos, ani nawet o fajkę, tylko jest autentycznie ciekaw, kto też zatrzymał się w mieszkaniu pod mieszkaniem jego syna, z którym właśnie wczoraj rozmawiał o „Pianiście” Polańskiego. I że starszy ów pan, przepraszając za zajmowanie czasu, poleci pobliską kafeterię, gdzie można płacić pesos national, poleci obejrzenie posągu Chopina na Plaza de San Fransisco, poleci sobotni bezpłatny koncert w bazylice... 
     

Finansowi ninja znaleźli sposób na przyoszczędzenie na wodzie.
Wracając wreszcie do mojego Baru Victoria, miejsca, do którego z wielu względów, od sanitarnych po ogólnoklimatowe, turyści raczej nie wstępują (choć widząc mnie w środku, nawet się przez chwilę zastanawiają) – nie taki diabeł straszny. Żeby po raz pierwszy zasiąść do pisania, trzeba, jak w scenie z westernu, przebrnąć przez ciekawsko-wyczekujące spojrzenia stałych bywalców i próbę sił pierwszego zamawiania trunku przy brudnej ladzie. Potem wystarczy w gruncie rzeczy otulić się chmurą dymu Populara Rojo i razem z nią wtopić się w krajobraz.


Nie ma jak tanie mojitos w artystycznych dzielnicach.

Wtapiam się więc, i myślę tak sobie, że to przepracowywanie naturalnie uruchamiających się lęków i wypracowywanie poczucia bezpieczeństwa, oparte oczywiście o strukturę osobowości, jest w dużej mierze umiejętnością, którą można nabywać i rozwijać. I, myślę tak sobie, niekiepski jestem w tym „czuciu się jak w domu”. Może jakimś podróżniczym coachem powinienem zostać. I’ll drink to that.









W P.S.-ie jeszcze kilka fotek, co się nie zmieściły w tekście...


Sklepo-baro-niewiadomoco. Łapka w górę za nieturystyczny klimat.
Jak wyżej.
Piłka nożna nie jest na Kubie tak popularna jak baseball, ale emocje na Plaza Vieja są.
Szwalnia: tak sobie terkocze przy jednej z głównych turystycznych ulic.