[dziś dla odmiany, jako że niektórzy oczekują na temat mojego powrotu do kraju wiadomości a ja nie lubię pisać dwa razy o tym samym: obszerne fragmenty z listu do przyjaciela]
Star Queen, Yangon, wtorek, 4
marca 2014, siódma
Dobry wieczór, drogi Przyjacielu!
List dzisiejszy piszę po troszę razem z kelnerem,
przyniósł myanmara i patrzy w ekran jak zaczarowany. Jestem pewien, że gdyby
był w stanie wznieść się na odpowiednie wyżyny lingwistyczne, przesłałby Ci
pozdrowienia. Ale wiesz jak to jest z krajowcami, cholerna spuścizna po
Brytyjczykach (Burmese Days Orwella):
It was after nine now, and the room, scented
with the acrid smoke of Westfield's cheroot, was stifling hot. Everyone's shirt stuck to his back with the
first sweat of the day. The invisible chokra who pulled the punkah rope outside
was falling asleep in the glare.
'Butler!' yelled Ellis, and as the butler
appeared, 'go and wake that bloody chokra up!'
'Yes, master.'
'And butler!'
'Yes, master?'
'How much ice have we got left?'
''Bout twenty pounds, master. Will only last today, I think. I find it very difficult to keep ice cool
now.'
'Don't talk like that, damn you--"I
find it very difficult!" Have you
swallowed a dictionary? "Please,
master, can't keeping ice cool"--that's how you ought to talk. We shall have to sack this fellow if he gets
to talk English too well. I can't stick
servants who talk English. D'you hear,
butler?'
'Yes, master,' said the butler, and retired.
Mój też zresztą poszedł już, stracił zainteresowanie.
List dzisiejszy piszę
również z nieukrywaną przyjemnością. Wyjątkowo wielowymiarową. Po pierwsze, od
dawna miałem ochotę i potrzebę to zrobić, a nie ma to jak zrobić wreszcie coś,
co od dawna zrobić się miało ochotę i czego miało się potrzebę. Po drugie,
ponieważ odebrałem wreszcie swoje bileciki wymarzone i w niejakich bólach
wykombinowane. Na Twoje imieniny nie zdążę niestety; Renacie za to powinno się
udać (planuję się nauczyć używać semicolonów btw); na urodziny niestety również się nie stawię.
Z góry przepraszam, boleję naprawdę bardzo, ale składałem do kupy swoje plany
długo i efekt wydaje mi się najmniejszym złem. Po trzecie... do tego dojdę jeszcze.
Od początku może, a
co, niech się wygadam. No więc pamiętasz może; a może nie pamiętasz: opuszczając
Europę moją wytęsknioną zapłaciłem od razu, z uwagi na relatywnie niskie
koszta, za podróż w obie strony. Bilet powrotny opiewał na datę 4 maja.
Wydawało m się to nie tylko opcją najtańszą, ale i najwygodniejszą, bo kontrakt
mam do końca kwietnia. Nie przewidziałem jednego – że kontrakt kontraktem, ale
rok szkolny kończy się już 11 kwietnia, wtedy też zaczynają się moje wakacje,
nie jestem już w szkole potrzebny. Zostało mi więc bezsensowne trochę trzy
tygodnie. Podróżowanie w tym czasie, wbrew pozorom, nie bardzo mnie kusiło. Jak
się może kiedyś przekonasz, po takim czasie w Azji człowiek myśli już tylko o
powrocie. Mógłbym, za bodajże 140 euro plus ewentualna różnica w cenie biletów,
zmienić sobie datę lotu na wcześniejszą i Wielkanoc spędzić w ojczyźnie, o
Twojej trzydziestce nie wspominając. Ale że już tu jestem, a 140 euraczy
piechotą nie chodzi, rozmyślalem dalej. Odbyłem podróż po rozum do głowy i, jak
to w Azji bywa, odnalazłem siebie. Że tak rzeknę sarkastycznie, zaznaczę na
wszelki wypadek, bo to, co teraz nastąpi może, poniekąd słusznie, zasiać w
Twoim odbiorze ziarno niepewności co do mojej poczytalności.
No więc postanowiłem wykorzystać ten czas na
nauczycielski kurs jogi w Indiach. Kosztuje taka zabawa – w szkole, która
podpasowała mi programem, lokalizacją i terminami – 1350 dolców. Z
zakwaterowaniem i wyżywieniem, przez cztery tygodnie. Więc w sumie znośnie.
Choć wyżywienie to oczywiście zielsko, owoce i ryż. Ale podoświadczam sobie
Indii, nie będąc jednocześnie ciągle w podróży, a przy tym, jak Wisznu i Śiwa
dadzą, zdobędę uznawaną na całym świecie licencję Yoga Alliance.
Haczyk w tym, jak
pewnie bystrze spostrzegłeś, że kurs trwa cztery tygodnie, ustawowe 200 godzin
treningów i wykladów, a ja mam do dyspozycji tygodnie trzy. No więc wrócił
temat przebukowywania biletów, tyle że w przód tym razem. Postanowiłem najpierw
zająć się zorganizowaniem kursu – rozpracowałem przy tym system paypal, żeby
uiścić zaliczkę – a o Lufthansie pomyśleć, niczym Scarlett O’Hara, jutro. I co
mi los zgotował? Maila od Travel Service, mojego wrzeszczańskiego biura
biletowego. Że Lufthansa odwołuje lot z Yangonu do Singapuru i oferuje mi w
zamian inny lot, na tej samej trasie, ale jakieś pięć godzin później. Ja na to,
jak pewnie zgadłeś, jak na lato. Że dziękuję bardzo, ale pięć godzin później to
ja lecieć nie chcę, chciałem wtedy właśnie, kiedy chciałem, a tak to nie chcę,
poproszę o zwrot pieniążków. Chodziła mi po głowie – łatwiejsza zapewne, gdybym
był na miejscu w cywilizacji i dysponował telefonem – opcja bezpłatnej zmiany
daty. Ale że nie jestem w cywilizacji i telefonem nie dysponuję, całe
negocjacje musiałbym prowadzić za pośrednictwem Travel Service. Więc nie lecę,
pieniążki poproszę. Sam sobie ogarnę drogę powrotną. Wczytałem się trochę w
przepisy, wyszło mi, że powinni cos tam mi oddać, choć dolarów przeciw orzechom
bym na to nie postawił.
Cisza trwała dobre
parę tygodni. Dziś kupowaliśmy bilety dla Renaty, wchodzę na konto i zmraża
mnie. Na karcie kredytowej, która była nienaruszona, wyświetla mi się – 1833.84
zł. Jak nic ktoś dokonał na mnie rozboju, tyle się o tym ostatnio słyszy... W
mBanku wprawdzie głównie, nie Millennium, ale wiadomo. I ten paypal
nieszczęsny, i cyberhindusi. Wklikuję się w temat, i co się okazuje? Że
Lufthansa przysłała mi całą sumę za niewykorzystane odcinki podróży! Minus 1833,84
to saldo mojego zadłużenia, nie konta, czyli że o tyle własnie jestem do
przodu! Nie wiedziałem nawet, że można mieć na karcie więcej niż wynosi jej
limit; można, okazuje się!
To właśnie trzecia
składowa mojego wyjątkowo dziś świętującego humoru. Twoje zdrowie!
Bangkok, piątek, 6 marca 2014, jedenasta w nocy
Ale wróćmy do konkretnej i w daty obfitującej zachodniej
rzeczywistości. Rok szkolny kończymy 11 kwietnia. Dzień później lecimy do
Bangkoku. Stamtąd najprawdopodobniej 14 kwietnia ja lecę do Delhi, a Renata, przez
Moskwę, do Warszawy. Renata kręci się po swojej stolicy i polskobusuje do
Gdańska, ja kręcę się po swojej stolicy i mniej więcej 17 kwietnia wbijam do
Rishikeshu. Kurs trwa od 18 kwietnia do 15 maja. Wracam do Delhi i w nocy z 16
na 17 łapię, wreszcie wreszcie, samolot do Gdańska. Zatrzymuję się jeszcze na
lunch w Monachium. Mogłem mieć bezpośrednią przesiadkę, ale wybrałem opcję
jakichś sześciu godzin w stolicy Bawarii. Nigdy nie byłem, nie wybieram się w
najbliższym czasie z dłuższą wizytą, to chociaż rzucę okiem. W Gdańsku ląduję w
sobotę, nadal 17 maja, jakoś po czwartej po południu.
I po kolacji u rodziców, mój drogi, o ile tylko
masz ochotę i o ile znajdziesz dla mnie skromny slot w grafiku, piszę się na
Saturday Night Fever. Będę po miesiącu detoksu od wszystkich grzesznych
przyjemności, więc, kto wie, może mnie ściąć po dwóch piwach i tyluż fajkach,
ale dam z siebie wszystko. Siedemnastego maja i przez kolejne cztery tygodnie.
Nie jest jeszcze w stu procentach pewne, czy
przyszły rok szkolny spędzę w Birmie, jest natomiast niemal pewne, że na jakiś
czas tam wrócę. Rzecz w tym, że aktualny kontrakt Renaty, w przeciwieństwie do
mojego, nie jest wyposażony w automatycznego bonusa w postaci pensji majowej. Żeby
otrzymać ów, małżonka moja musi podpisać kontrakt na przyszły rok. Nie bez
znaczenia jest również fakt, że czerwiec to tylko niecałe dwa tygodnie zajęć.
Ergo powrót do Brainworks, choćbyśmy mieli tam zostać tylko do końca czerwca,
jest dla nas wart prawie pięć i pół tysiąca dolców. Gra warta świeczki, nawet
gdybyśmy postanowili w lipcu zrobić ze sobą coś nowego.
Jak pisałem wcześniej, bardzo chciałbym wrócić na
stałe do ojczyzny, ale jak wygląda nasz rynek pracy – sam wiesz. Jestem w tym
temacie otwarty na sugestie i w żadnym razie nie będę grymasił, jakby Ci coś
genialnego przyszło do głowy.
Patrzę tak sobie na falangów snujących się po Soi
Rambutri i rozmyślam. Może mnie wspomożesz jakimś odkrywczym wyjaśnieniem, bo
nie ogarniam. Po kie licho ludzie taszczą ze sobą po dwa plecaki? Nie jakieś
sobie plecaki, tylko jeden, na plecach, siedemdziesięciolitrowy mniej więcej, a
drugi, na brzuchu, mniejszy, dwudziestoparolitrowy. Czego też, do diabła, można
napakować sobie w prawie sto litrów na podróż po Azji Południowo-Wschodniej? W
porze ciepłej i suchej, dodam. Ja jeżdżę ze swoim nowym czterdziestolitrowym
Deuterem i gdyby nie to, że wożę ze sobą komputer, zajmowałbym swoimi
szpargałami może połowę jego pojemności. W Indonezji testowałem 25 litrów i też
dawałem radę, również z komputerem. Nawet na Skandynawię, z namiotem, śpiworem
i zapasem jedzenia na dziesięć dni, nie dałem rady wypełnić więcej niż 75
litrów To ci dopiero zagadka.
By the way, żeby nie
było, że szpanuję finansowo – za powyższego Deutera zapłaciłem bodajże 20
dolarów. Wiwat obozy pracy dzieci, zażartowałbym, ale poważnie mówiąc – aż mi
trochę głupio było, po raz pierwszy w życiu chyba, się tagować. Nie wiem, ile
sklepikarze płąca szemranym hurtownikom, ale w negocjacjach są do niczego,
schodzą z ceny wręcz desperacko, żal gardło ściska. Pytasz ile za coś i jestś
zgubiony, tak długo opuszczają, aż masz ochotę powiedzieć, że to zaszło za
daleko, żeby wrócili się o parę dolarów albo wzięli się w garść i odpuścili
sobie tę nędzną transakcję. Renata za swojego małego różowego jednodniowego
Deuterka, szczyt słodyczy – ale na porządnym systemie nośnym – zapłaciła siedem
dolców...
Dwa miesiące z
okładem, Przyjacielu! Nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że zastanę Cię w
Gdańsku zdrowego i gotowego na wszystko. Wieczór 17 maja. Do zobaczenia!
Twój oddany, choć z tak daleka,
M.
P.S. Gdybyś planował kiedyś sprawić niespodziankę życia staremu druhowi a
nie wiedział jak się do tego zabrać, Molson ma dla Ciebie ciekawą propozycję.
Odwróć ślepe oko na oczyswiste nieścisłości na każdym kroku i... enjoy!
http://www.youtube.com/watch?feature=trueview-instream&v=1iXYTwuuLxs
No comments:
Post a Comment